Do przedszkola marsz…ale jakiego?!

Kategoria: Dom, Ojcostwo Opublikowano: 09 kwietnia 2017,

Odkąd zostałem ojcem, na każdym etapie rozwoju mojego dziecka, borykam się z innymi dylematami. Zaczęło się od pieluch i mleka, poprzez odpowiednią pielęgnację i stworzenie odpowiednich okoliczności do umożliwienia właściwego jego rozwoju. Robię, wydaje mi się, wszystko, co mogę, by miał wszystko, czego potrzebuje, dokonując selekcji wszędzie tam, gdzie można wyeliminować błędy i uniknąć niedopatrzeń. Krótko, chcę dla mojego syna wszystkiego, co najlepsze. Wszyscy rodzice tak mają, przynajmniej znakomita większość. Doszedłem oto dziś do momentu, w którym musimy z żoną podjąć decyzję, czy nasz trzylatek pójdzie do przedszkola. A jeśli tak, to do jakiego? Do najlepszego! I tu pojawia się problem. Co to znaczy do najlepszego? No właśnie. Czy najlepszym jest prywatne przedszkole dla małych geniuszy? A może muzyczne? A może językowe? A może Montessori? Hmmmm…. a może zwykłe, państwowe, za rogiem? I tu pojawia się problem. REKRUTACJA.

Decydujące kryteria o przyjęciu dziecka do publicznego przedszkola to samotne wychowywanie dziecka (serio 90% matek wychowuje dzieci SAMOTNIE?), niepełnosprawność (absolutnie z tym nie dyskutuje i współczuję-kryterium poza wszelką wąwpliwoscią powinno mieć nr 1), wielodzietność i dochód na osobę w rodzinie (inne, mniej punktowane pominę).

Pytanie, jaki model rodziny jest promowany w tym kraju?? Dlaczego pozostając w formalnym związku małżeńskim, posiadając jedno dziecko i utrzymując zarobki na określonym poziomie, moje dziecko jest DYSKRYMINOWANE przy rekrutacji do przedszkola, które akurat ma najlepszą opinię w dzielnicy, ale jest publiczne?

Nie dość, że nie dostaję 500+,  (a powody mogą być różne, bo niektórzy np. zwyczajnie nie mogą mieć więcej niż jedno dziecko, z różnych przyczyn), dodatkowo nie mam szans posłać dziecka do publicznego przedszkola w najbliższej okolicy, bo nie spełniam kryteriów.

Czy to nie jest powszechna wiedza, że aktualnie stawia się na życie w konkubinacie? Przecież te „samotne” matki z ogromną ilością punktów, często (wiem, że nie zawsze i nie o takich przypadkach mówię), mają partnerów, a ich dzieci -ojców, z którymi żyją pod jednym dachem? Ba, znane są również przypadki rozwodów w celu uzyskania miejsca w przedszkolu publicznym, a co im tam…

Może warto byłoby te kryteria zweryfikować? Może warto byłoby pomyśleć o stworzeniu dodatkowych miejsc w przedszkolach, zamiast trwonić pieniądze w nicość na 500+ bez jakichkolwiek zasad przyznawania pomocy?

Oczywiście, że poślę dziecko do najlepszego przedszkola. Niestety, nie będzie to publiczna placówka, bo nie mam na nią szans. A na pewno nie poślę dziecka GDZIEKOLWIEK, bo akurat TAM jest full wolnych miejsc.

Zaznaczam, że nikogo nie potępiam, współczuję tym, którym miejsce w publicznych placówkach, naprawdę się należy, ale -nie oszukujmy się- system zawodzi, a kiedy chodzi o nasze dzieci, to naprawdę nie powinniśmy, ba, nie możemy pozostawać z boku.
Próżno chyba jednak szukać tu logiki…